
Historia elitarnej jednostki antyterrorystycznej spisana przez jednego z pierwszych operatorów. Eric Haney ujawnia tajemnice selekcji oraz szkolenia operatorów Delty. Książka dokumentuje 10 lat działania jednostki (m.in. akcje: Teheran, Grenada, Sudan, Ameryka Środkowa, Bejrut).
Cena katalogowa: 34 zł
cena: 30,00 zł
FRAGMENTY
Po przydziale do Delta Force przestaliśmy istnieć dla zwykłej armii. Delta Force była (i jest) tajną organizacją. Oficjalnie nie istniała w wojskowych rejestrach oddziałów, podobnie jak jej członkowie. Zwyczajnie zniknęliśmy z systemu. Nasze teczki zostały wyciągnięte i od tego czasu podlegaliśmy zarządzaniu przez tajny system znany jako Rejestr Bezpieczeństwa Departamentu Armii (DASR).
Mieliśmy przykrywkową organizację w Fort Bragg, której używaliśmy jako naszej „oficjalnej” jednostki. Miała ona formalny adres, dowódcę i pierwszego sierżanta, kogoś do odbierania telefonów i zapewnienia podstawowego zabezpieczenia. Taka „oficjalna” jednostka zapewniała przykrywkę dla właściwej i przydawała się we wszystkich przyziemnych życiowych sprawach – gdy trzeba wpisać macierzystą jednostkę do wniosku kredytowego lub powiedzieć sąsiadom, gdzie się pracuje. Nazwa jednostki i numery telefonów zmieniają się co kilka lat, by nie stały się zbyt wyświechtane.
Zniknęliśmy z wojska także w inny sposób. Chodziliśmy w cywilnych ciuchach i prawie nigdy nie nosiliśmy mundurów. Luźne zasady dotyczące wyglądu zewnętrznego pozwoliły nam na zapuszczenie dłuższych włosów i bród, co ułatwiało maskowanie się przy tajnych operacjach. Poza tym, jeśli musielibyśmy wyglądać bardziej wojskowo, szybkie strzyżenie było łatwiejsze, niż odwrotny proces.
Jak mawiał Mao: „Partyzantka pływa w morzu ludu”. A jako Delta Force działaliśmy jak partyzanci. Lub terroryści.
Bo prawda jest taka, że aby stać się ekspertami w dziedzinie antyterroryzmu, musieliśmy najpierw zostać znakomitymi terrorystami.
– Akcja na czwórce, Andres – powiedziałem i przeturlałem się zza lunety. Obaj zajęliśmy pozycje przy naszych karabinach. Spojrzałem przez lunetę na Pozycję 4 i szybko ustawiłem odległość na 320 metrów. Następnie maksymalnie docisnąłem w dół trzon zamka, bezpiecznie blokując nabój w komorze. Pozwoliłem palcowi znaleźć swoje miejsce na spuście i zacząłem oddychać w rytmie, który najmniej zaburzał widzenie celu. Przygotowałem się do strzału, przysuwając i odsuwając moje prawe kolano do i od serca. Wiedziałem, że Andres robi to samo.
W przeciwieństwie do bezruchu trzech ostatnich dni, teraz wszystko rozgrywało się w niebywałym tempie. Widok rozciągający się przede mną miał w sobie coś złowieszczego.
Nagle jak spod ziemi pojawiło się czterech czy pięciu nastolatków. A chwilę później było już ich w tym miejscu dwudziestu czy dwudziestu pięciu, śmiejących się, gwiżdżących i wskazujących na oddalone stanowisko Marines. Wołali i machali do kogoś za nimi, kogoś ukrytego za betonową ścianą.
– Zaczyna się, Eric – mruknął Andres.
– Gotowy – szepnąłem, gdy pojawił się pierwszy strzelec.
Namierzyłem go przez lunetę. Trzymał w rękach kałasznikowa i wylewnie pozdrawiał tłum.
– Daj znać, kiedy pojawi się twój – powiedziałem łagodnie – i gdy będziesz gotów do strzału.
Mój człowiek zwrócony był teraz do mnie. Zaczął podnosić karabin. Wiedziałem, że Andres też już namierzył swojego, gdy ułamek sekundy później zaintonował:
– Snajperzy... Gotów... Strzał.
Trach.
Dwa karabiny jednocześnie plunęły jadem. Nici siatki celowniczej przecinały się na górnej wardze młodego człowieka, gdy mój karabin wypalił, a ja drgnąłem, pchnięty siłą odrzutu. Człowiek zniknął. Kiedy już uspokoiłem celownik, jedynym śladem, że stał tam człowiek, był bladoróżowy obłoczek rozniesionej w pył tkanki i krwi, który momentalnie rozwiał się w powietrzu. Złudzenie zniknęło niemal w tej samej chwili, gdy je spostrzegłem. Pozostało nic – w gorącym popołudniowym słońcu.
– Zdjęty – powiedziałem, wprowadzając do komory nowy pocisk.
– Zdjęty – odpowiedział Andres, robiąc to samo.
Przyglądaliśmy się, jak tłum się rozpierzcha. Ciała dwóch mężczyzn uderzyły w ziemię, zanim jeszcze do grupy dotarł dźwięk wystrzału.
Dostaliśmy tak mocno, jakby wściekły olbrzym chwycił nas w locie i potrząsnął jak ścierką. Helikopter zadrżał i rzuciło nim tak, że mało nie spadliśmy. Szybko jednak odzyskał sterowność i kontynuował lot.Pocisk dużego kalibru osmalił mi twarz. Zaczerpnąłem tak gwałtownie tchu, że złapał mnie skurcz mięśni międzyżebrowych – przez chwilę myślałem, że przestrzelili mi płuco. Wtedy Andres klepnął się po udzie i odwrócił, by spojrzeć mi prosto w twarz. Siedzieliśmy stłoczeni noga w nogę, a teraz obaj przerwaliśmy ogień i spojrzeliśmy w dół. Andres powoli oderwał rękę od uda i zobaczyliśmy, że była pokryta warstwą jakiegoś białego gluta.
Wydaje mi się, że widziałem już wszystko, co może wyjść z wnętrza ludzkiego ciała, ale czegoś takiego jeszcze nie znałem. Andres również wyglądał na zaszokowanego.
Popatrzyliśmy na jego uświnioną rękę, a potem spojrzeliśmy sobie w zaskoczone oczy.
– Co to jest do cholery? – wrzasnąłem.
Błysk zrozumienia przeleciał przez jego twarz i odkrzyknął z szerokim uśmiechem:
– Pasta do zębów! Postrzelili mnie w pastę do zębów!
Jednak strzelanina jeszcze się nie skończyła. Wciąż walili w nas z prawdziwym upodobaniem. Znów wywiesiłem się z kabiny, by rozejrzeć się za pozostałymi helikopterami. Większość wrażych luf skierowana była na jedynkę, co również nas wystawiało na ich strzały. Właśnie dlatego dostawaliśmy takie baty. Nagle coś kopnęło mnie w zadek i niemal wyrzuciło ze śmigłowca. Prawe biodro mi zdrętwiało. Po nodze pociekł jakiś płyn. „O kurwa, odstrzelili mi dupę” – pomyślałem i przesunąłem ręką za sobą w poszukiwaniu rany.
Zamiast tego znalazłem manierkę roztrzaskaną w drobiazgi. Spojrzałem na swoją dłoń, mokrą na szczęście nie od krwi, a od wody. Rzuciłem okiem za siebie na drugą stronę śmigłowca i zobaczyłem, że sprawy mają się tam równie kiepsko, co po mojej stronie. Nic poza morzem czerwonych pocisków smugowych i rannymi ludźmi. Obróciłem się ponownie i wyjrzałem z maszyny, by sprawdzić, jak daleko
jest jeszcze do celu. Już powinniśmy dolatywać.
Po szczególnie ostrej salwie w naszą stronę zobaczyłem, jak śmigłowiec numer pięć łamie szyk i nurkuje w głąb doliny, robiąc unik przed strumieniem pocisków z działka kalibru 23 mm. Zostawiali za sobą smugę gęstego dymu i szybko tracili wysokość. Ale wciąż lecieli, więc nie stracili kontroli nad helikopterem. Miałem nadzieję, że uda im się dotrzeć do jakiegoś bezpiecznego miejsca i posadzić
maszynę.
Nagle cel wyłonił się przed nami. Albert trzymał zwiniętą linę na kolanach i wstał, by ją zrzucić. Krzyknął do drużyny: „Przygotować się!”.
Spis treści
WSTĘP ..........................................................................5
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Początki.........................................................................13
ROZDZIAŁ DRUGI
Zbieranie sił....................................................................105
ROZDZIAŁ TRZECI
Do boju... ......................................................................223
EPILOG ........................................................................375
PO 11 WRZEŚNIA 2001 .................................................379
Eric Haney
Sierżant major (w stanie spoczynku) przez ponad 20 lat służył w amerykańskiej armii. Był żołnierzem piechoty, Rangerem, a w końcu jednym z założycieli Delta Force. Gdy odszedł z wojska, założył własną firmę zajmującą się ochroną prezydentów, monarchów oraz prezesów korporacji.
Haney wielokrotnie negocjował z latynoamerykańskimi partyzantami uwolnienie zakładników, ratował porwane amerykańskie dzieci na całym świecie, a także doradzał w kwestiach bezpieczeństwa koncernom paliwowym w najbardziej niebezpiecznych zakątkach świata.
W 1994 roku Haney chronił prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a. W tym czasie na Haiti, na swojej pierwszej misji, był również GROM, szkolony w fazie powstawania przez operatorów Delty.
Eric Haney był także konsultantem przy powstawaniu serialu telewizyjnego „Jednostka” (The Unit). Scenariusz filmu oparto na książce „Delta Force”.
DELTA FORCE
Historia elitarnej jednostki antyterrorystycznej spisana piórem jednego z pierwszych operatorów.
Pierwszy Operacyjny Oddział Sił Specjalnych Delta – powszechnie znany jako Delta Force – to najbardziej elitarny zespół komandosów w amerykańskim wojsku i prawdopodobnie najlepiej wyszkolony na świecie.
Delta Force powstała 21 listopada 1977 roku. Już kilka miesięcy później Eric Haney – autor książki – trafił na selekcję do nowej jednostki. Gdy udało mu się przebrnąć przez zadziwiające, trudne testy – znalazł się w prawdziwej elicie. Haney ujawnia szczegóły i tajemnice selekcji oraz szkolenia operatorów Delty.
Książka składa się z trzech części. W pierwszej Eric Haney opisuje formowanie się Delty - selekcję, przydział i oficjalne powstanie oddziału. Druga część poświęcona jest szkoleniu - m.in. strzelectwo, shooting house, techniki wywiadowcze, odbijanie samolotów, uwalnianie zakładników. Trzecia - to opisy akcji na całym świecie, w których Delta brała udział.
Książka dokumentuje prawie 10 lat funkcjonowania Delta Force (m.in. akcje: Teheran, Grenada, Sudan, Ameryka Środkowa, Bejrut). Jednak język daleki jest od akademickiego wykładu. Haney pisze ze swadą, poczuciem humoru, obrazy są plastyczne, narracja wciągająca. Książkę czyta się jak najlepszą powieść kryminalno-szpiegowską.
Ale to również zapis przemiany Haneya. Z biegiem lat autor dostrzega, że służba w elitarnym oddziale ma również swoje mroczne strony. Delta uwikłana w gierki CIA wykorzystywana jest czasem do celów, z którymi operatorom trudno się pogodzić. Haney nie boi się pokazać i tej – politycznej strony funkcjonowania jednostki.
Partnerzy publikacji:
