Wywiad z Jakubem Karp

Wywiad z Jakubem Karpem opublikowany w portalu MaratonyPolskie.pl.
Do sprzedaży właśnie trafiła kolejna książka o bieganiu pt. "Biegać mądrze". Z tej okazji rozmawiamy dzisiaj z Jakubem Karpem, właścicielem wydawnictwa "Inne Spacery", które w ciągu ostatnich kilku lat wydało imponującą jak na warunki naszego kraju kolekcję książek poświęconych tematyce biegowej. Jakie są kulisy wydawania poradników biegowych oraz czy Polacy lubią kupować i czytać książki?

 

Autor: Piotr Bętkowski. Data : 2011-10-03

P.B – Piotr Bętkowski
J.K – Jakub Karp


P.B. - Biegasz?

J.K. - Przyznam, że bieganie to sport, w którym jako pierwszym wystartowałem w oficjalnych zawodach. Chyba w szóstej klasie podstawówki nauczyciel W-F wytypował mnie do biegu przełajowego. Zawody odbywały się na terenie stadionu klubu Huragan w Wołominie, mieście leżącym obok mojej rodzinnej Zielonki. Już sto metrów po starcie okazało się, że tutaj nie liczą się silne nogi czy mocne płuca, ale strategia. A strategię chłopcy z Wołomina mieli taką, żeby wykorzystać przewężenie trasy między dwoma płotami. Proszę sobie wyobrazić – kilkadziesiąt dzieciaków wbiega w to wąskie gardło moment po starcie i... Dostałem z łokcia w głowę, ktoś jeszcze poprawił podstawiając nogę. Gdy się podniosłem, na trawie leżało ze dwadzieścia osób. Odpuściłem bieganie na długi czas.

Wkrótce złapałem innego bakcyla, z którego uleczyć nie mogę się do dziś. Góry. Początkowo eksplorowałem z kumplami z podstawówki jaskinie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Potem, naturalną koleją rzeczy, zacząłem się wspinać. Zrobiłem kurs w skałach, na poddaszu w domu nawet zmontowałem wysoką na 5 metrów sztuczną ścianę wspinaczkową przewieszoną pod kątem 45 stopni. Potem były szkolenia w górach – jeszcze w latach 90-tych letni kurs taternicki, a dwa lata temu także zimowy. Wielkim taternikiem nie zostałem, a i we wspinaniu sportowym wiele nie urobiłem...

Dla wtajemniczonych mój max to "sześćjedenplus". Czyli jakieś 45 minut na 10K, o ile można dokonać takiego porównania. Ale góry to chyba moja największa pasja. Wciąż w nie wracam. Głównie – w Tatry. I to jest w nich piękne, że nie liczą się czasy czy trudności pokonywanych dróg, ale samo w nich przebywanie. Można mieć siedemdziesiąt lat, iść Doliną Kieżmarską i mieć taką samą radość, jak ci, co zdobywają zerwy Kazalnicy. Zresztą bieganie również daje podobne odczucia.

Ale wracając do tematu. Przed bieganiem, oprócz gór – jest u mnie jeszcze rower, głównie górski. Dziesięć lat temu przez dwa - trzy sezony namiętnie startowałem w raczkujących wtedy maratonach MTB. Biegam natomiast bardziej regularnie od 2005 roku. Traktuję to jako sposób na utrzymanie kondycji. Czasów nie osiągam wybitnych, w najlepszym półmaratonie zrobiłem 1:49

 

P.B. - Skąd pomysł na wydawanie książek o tematyce biegowej?

J.K. - Wydawnictwo Inne Spacery jest w zasadzie kontynuacją innej działalności wydawniczej, której byłem pomysłodawcą. Chodzi mianowicie o Buk Rower. Założyłem to wydawnictwo w 2003 roku. Gdy się przyjrzeć ofercie Buk Rower to okażę się, że przede wszystkim są tam książki dotyczące jazdy rowerem, motocyklem i pływania. Bieganie to kolejny sport, w którym dla ludzi poważanie zainteresowanych trenowaniem brakuje fachowej literatury. Nie chcę powiedzieć, że nie ma w ogóle, ale gdy człowiek zajrzy do księgarni zobaczy jeden, dwa tytuły. I może jeszcze ze dwa tytuły uda się wyszperać w Internecie.

Idea, która przyświeca mojemu wydawaniu książek, to właśnie dostarczenie ludziom traktującym na serio swoją sportową pasję bardzo dobrych narzędzi. Narzędzi, które pozwalają się rozwijać. Na okładce pierwszej wydanej przeze mnie książki "Maraton z blatu" jest rower, który jedzie sam w górę po barierce spiralnie wznoszących się schodów. To zdjęcie doskonale utożsamiało ducha tej książki. Zawarłem w niej wywiady z piątką świetnych kolarzy górskich.

Ówcześnie to była czołówka wśród amatorów startujących w maratonach MTB. W książce, czasem być może nieco naiwnie, dopytywałem ich o szczegóły treningu i sprzęt, którego używają. To była pierwsza książka o treningu w kolarstwie górskim w naszym kraju. Może niedoskonała, na pewno nie wyczerpywała tematu, ale dla wielu kolarzy to kultowa pozycja. Pozwoliła im rozwinąć własny trening, szybciej jeździć, stać się lepszymi.

Żeby nie przedłużać, powiem tylko, że inspiracją dla mnie, w działalności biznesowej i w życiu jest kilka książek. To między innymi "Przepływ" Mihaly Csikszentmihalyi, "Zen w sztuce łucznictwa" Eugena Herrigela, "Pływanie Total Immersion" Terry’ego Laughlina czy niedawno wydana książka Ivona Chouinarda "Dajcie im popływać". Te książki na pozór są różne, dotyczą różnych dziedzin: psychologii, biznesu, sportu, kultury. Jednak mają coś wspólnego. Wszystkie mówią o tym, by skupić się nie na celu, lecz na procesie, który wiedzie do tego celu.

 

P.B. - Jakie książki związane z bieganiem udało Ci się do tej pory wydać nakładem swojego wydawnictwa?

J.K. - W obecnej chwili są dwa tytuły ściśle biegowe. Coś dla rozpoczynających przygodę z bieganiem, czyli "Bieganie dla początkujących" Joe Hendersona i Richarda Browna, oraz coś dla osób, które już mają w nogach dwa, trzy sezony – "Bieganie metodą Danielsa" Jacka Danielsa. Mamy również w swojej ofercie "Trening z pulsometrem" Joe Friela – książkę, z której skorzystają nie tylko biegacze, ale również kolarze, narciarze biegowi, a nawet osoby wspinające się. Zresztą warto do tej książki zajrzeć, żeby zobaczyć jak modelowo ułożyć sobie program treningowy w zasadzie w każdym sporcie.

 

P.B. - W jaki sposób szukasz i dokonujesz wyboru książek do wydawnictwa?

J.K. - Tu znów muszę nawiązać do filozofii Innych Spacerów. Na światowym rynku jest wiele książek o bieganiu, pływaniu czy treningu kolarskim. Pewnie niektóre z nich sprzedawałyby się lepiej, niż te które dotychczas wydałem. Ale nie zależy mi wyłącznie na jak najlepszej sprzedaży - zależy mi na wydawaniu jak najlepszych książek.

Od razu nasuwa się pytanie, co uznać za najlepsze książki. Według mnie są to te pozycje, które pozwalają spojrzeć na daną sprawę, choćby trening, w nowy sposób. Dlaczego akurat tak? Bo nowa jakość, odmienny punkt widzenia zmusza do myślenia, do porównań, do weryfikacji dotychczasowego podejścia. Nie wiem czy tytuły, które wydaję coś takiego powodują, mam nadzieję jednak, że kilka z wybranych przeze mnie do publikacji książek mogło być takimi przełomowymi tytułami.

"Biblia treningu kolarza górskiego" to dla ludzi trenujących kolarstwo podstawowa książka. Kiedy wydaliśmy w Buk Rowerze "Pływanie metodą Total Immersion" Paweł Lewicki, jedyny ówcześnie trener w Polsce od tej metody robił kurs dla pływaków raz na kilka miesięcy. Proszę zajrzeć na jego stronę teraz. Kursy są co weekend, wyszkolił kilkunastu instruktorów, latem organizuje warsztaty z trenerami z USA. Takim przełomem była również książka "Motocyklista doskonały", a dla biegaczy – "Bieganie metodą Danielsa".

Oferujemy spojrzenie na trening z całkiem innej strony, innej niż to obowiązuje choćby w najpopularniejszym w Polsce poradniku Pana Jerzego Skarżyńskiego. Nie twierdzę, że jedna książka jest lepsza od drugiej. Twierdzę jedynie, że to spojrzenie z innej strony. Dla wielu biegaczy odkrywcze. Ktoś, kto chce się rozwijać powinien przeczytać obie te książki – i Skarżyńskiego, i Danielsa. Dzięki temu pełniej może zrozumieć istotę treningu. Choć ten proces poznawczy nigdy się nie kończy.

Właśnie takich książek szukam – dostarczających nowych bodźców, wybijających z utartych schematów. Oczywiście nie zawsze się to udaje, ale podążam w tym właśnie kierunku.

 

P.B. - Załóżmy, że znalazłeś już książkę, która Cię interesuje i chciałbyś ją wydać. Jak wygląda proces, którego finałem jest pojawienie się książki na księgarskich półkach, i jak długo on trwa?

J.K. - Techniczna strona wydania publikacji we wszystkich wydawnictwach jest podobna. Przede wszystkim trzeba nabyć prawa do opublikowania danego tytułu. Od autora czy też jego agenta. Potem zaczyna się praca redakcyjna. Tłumaczenie, redakcja, korekta. W końcu tekst zostaje zamieniony w obraz – czyli przybiera postać graficzną i zaczyna przypominać książkę. Nad tym pracuje grafik. Złamana książka trafia do drukarni. Cały proces, od rozpoczęcia negocjacji do przyjęcia wydrukowanego nakładu do magazynu zajmuje kilka, kilkanaście miesięcy. Raczej jest to zajęcie długie i dosyć kosztowne. Przez te kilkanaście miesięcy pieniądze trzeba wyłącznie wydawać.

P.B. - Ktoś te książki musi w odpowiedni sposób tłumaczyć? Masz w wydawnictwie tłumacza - biegacza?

J.K. - Tłumacz musi doskonale znać język, z którego przekłada, jeszcze lepiej język, na który przekłada. I nie chodzi tu o zasady gramatyki czy interpunkcji. Taka osoba musi być oczytana, mieć ogromny zasób słów, orientować się w obu kulturach. Jeśli jeszcze jest specjalistą w dziedzinie, w której tłumaczy – to jest idealnie. Ale o ideał w życiu trudno, choć mam szczęście współpracować z bardzo dobrymi tłumaczkami. Muszę jednak przyznać, że wbrew powszechnej opinii, za merytoryczną stronę czy też ostateczną wersję tekstu odpowiada redaktor. I to nie tylko w moim własnym wydawnictwie, ale we wszystkich wydawnictwach, również w prasie. To ludzie, o których się zwykle zapomina, a to właśnie oni są od poprawiania tłumaczy, dziennikarzy, także pisarzy. Wiele dzieł literackich, bez dobrych redaktorów, nie byłoby dziełami dobrymi.

Wydanie książki to praca zespołowa. Tłumacz, redaktor, korektor, konsultant. Ale nad całością musi panować jedna osoba i jedna osoba musi mieć ostateczne zdanie.

P.B. - Konsultujesz z kimś treści zawarte w książce?

J.K. - W zasadzie każda książka przed wydaniem jest czytana przez kilka osób. Czasem taki czytelnik w życiu nie przebiegł kilometra treningowo, jeśli już pozostaniemy przy tematyce biegowej. I właśnie spojrzenie kogoś kompletnie z zewnątrz bywa bardzo cenne. Ktoś taki nie jest obarczony terminologią, schematem myślenia. Ocenia, czy książka jest zrozumiała, czy płynnie się ją czyta. Korzystam też z konsultantów merytorycznych. Choć przyznam, że bywa z nimi różnie – czasem prezentują akademickie podejście, innym razem starają się poprawiać autora według własnej wiedzy. Jednak ich uwagi są zwykle trafne.

Bywa też, że odwołujemy się i do najpoważniejszych instancji językowych w Polsce. Niedawno mieliśmy przypadek dotyczący pewnego sformułowania. Ja, jako redaktor, upierałem się przy pewnej wersji, a korekta przy innej. Sprawa stanęła naprawdę na ostrzu noża. Korzystając ze swoich kontaktów otrzymywaliśmy od rozmaitych autorytetów rozbieżne opinie. Spór rozstrzygnął dopiero, podczas bezpośredniej konsultacji, prof. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego...

P.B. - Twoje wydania to przedruki książek zagranicznych. Jak odnajdują się one w polskich realiach biegowych?

J.K. - Pozwolę sobie zaprotestować. Wiele osób niewłaściwie używa słowa przedruk. Przedruki stosuje na przykład tygodnik "Angora". Zamieszcza nie zmienione artykuły opublikowane w innych gazetach. Co więcej, słowo przedruk w zasadzie wyłącznie odnosi się do prasy. Książki nie da się przedrukować – chyba, że wydalibyśmy ją w języku oryginału, z tą samą okładką, w tej samej szacie graficznej. Dlatego to podkreślam, bo wydanie książki wymaga sporo pracy i to zespołowej. Na ostateczny efekt składa się wysiłek kilku czy kilkunastu osób. A słowo przedruk umniejsza ich rolę. Dlatego wolałbym, abyśmy mówili o polskich edycjach danych tytułów.

A wracając do meritum. Ludzki organizm w większości aspektów jest taki sam na całym świecie. Oczywiście Indianie peruwiańscy czy Tybetańczycy świetnie funkcjonują na dużych wysokościach, Kenijczycy mają wyjątkowe predyspozycje do biegania, a Inuici o wiele lepiej znoszą niskie temperatury niż przeciętny Europejczyk. Ale bodzice treningowe w rozmaitych sportach będą takie same.

Więc system treningowy rodem z Hiszpanii, Włoch, Francji czy Stanów Zjednoczonych w ogólnych aspektach będzie działać również w Polsce.
Więcej problemu stwarzają kwestie przekładu tekstu. Pewne rzeczy są nieprzetłumaczalne. Szczególnie te, które odnoszą się do zagadnień kulturowych. Zainteresowanym, którzy chcą się dowiedzieć, jak ciężki orzech mają do zgryzienia tłumacze i redaktorzy, polecam doskonałą i przezabawną książkę Stanisława Barańczaka "Ocalone w tłumaczeniu".

Również czysto techniczne terminy nastręczają trudności. Można się spierać o tłumaczenie nazw poszczególnych typów treningów w książce Jacka Danielsa. Biegi spokojne? Cóż to takiego? Należy jednak pamiętać o kilku istotnych sprawach. Po pierwsze to nie jest książka, która niesie ze sobą tradycje polskiej szkoły biegowej czy naszych utartych sformułowań odnoszących się do treningu. Choćby interwał – o tym, co ma na myśli używając tego terminu Jack Daniels można przeczytać w wywiadzie, jakiego udzielił bezpośrednio Innym Spacerom. Wywiad można znaleźć na naszej stronie internetowej.

Druga rzecz – to nie jest praca naukowa, ale rzecz skierowana do popularnego odbiorcy. Musi być w miarę zrozumiała. Trzecia rzecz – nie zawsze można i należy odchodzić od tego, co literalnie autor napisał. Kryją się za tym rozmaite sensy, które odwołują się do innych fragmentów w książce. Jeszcze jedna kwestia jest taka, że nawet jeśli autor w tekście się myli, to tłumacz czy ja, jako redaktor, nie mogę tego zmienić według własnego uznania. Mogę skonsultować z autorem, poprosić go o zmianę, ale przecież on nie musi się na moje sugestie godzić.

Przyznam, że to dość trudna praca.

P.B. - Jakim nakładem ukazują się książki biegowe w Polsce?

J.K. - Nakłady w świecie wydawniczym to zastrzeżona informacja. Mówię to z uśmiechem na ustach, bo oprócz kilkudziesięciu tytułów rocznie, w Polsce rzadko nakład książek przekracza trzy czy cztery tysiące egzemplarzy. A takiej literatury jak sportowa – jeszcze mniej. Gdyby jednak się okazało, że któryś tytuł jest tak poczytny jak "Harry Potter", zawsze można książkę dodrukować.

P.B. - Jak wyglądają rynki zagraniczne z pozycjami książek o bieganiu w porównaniu do rynku polskiego?

J.K. - Tam gdzie wiele osób biega, pojawiają się poradniki dotyczące biegania. Ile tego jest na rynku i w jakich językach, można się przekonać na największych na świecie targach książki we Frankfurcie. Oczywiście największa ilość tego typu literatury jest anglojęzyczna. I to nie tylko kwestia ogromnego rynku ze względu na liczbę użytkowników tego języka, ale również i tego, że kraje, w których mówi się po angielsku, mają bogatą tradycję w tej dyscyplinie sportu.

W Stanach Zjednoczonych jest kilka wydawnictw, które specjalizują się w sporcie, a nawet w poszczególnych jego dyscyplinach. Najistotniejsze, że właśnie tam jest największy ferment w tej dziedzinie. Prowadzi się ogromną ilość badań naukowych, sport jest istotną częścią edukacji młodzieży, więc są też wydawane na to spore środki finansowe, a to pociąga za sobą rozwój myśli treningowej. Znaczenie ma również moda na zdrowy tryb życia i dobrą sylwetkę. Te czynniki powodują, że każdego roku ukazuje się w Stanach Zjednoczonych wiele nowych tytułów, autorzy proponują nowe podejścia, nowe metody treningowe, nowe punkty widzenia. Oczywiście tylko niewielki odsetek z tego ma realnie jakąś innowacyjną wartość.

Myślę, że na tym tle Polska wypada przyzwoicie. Wbrew pozorom ukazuje się dużo książek dotyczących treningu sportowego. Również są wydawnictwa wyspecjalizowane w rozmaitych dziedzinach – choćby szachach. Większość jednak literatury to raczej przyczynki niż tytuły wnoszące nową jakość do danej dyscypliny sportu. Wydawcy często sugerują się jakąś modą albo patrzą na zachodnie listy bestsellerów, a to nie koniecznie przekłada się na potrzeby polskich czytelników.

W największych wydawnictwach często katalog tytułów jest tworzony dość przypadkowo, właśnie pod wpływem tych dwóch czynników, o których wspomniałem. Żeby wybrać naprawdę ciekawą propozycję, trzeba choć trochę w danym temacie się orientować. A potem jeszcze umiejętnie opracować tekst – przetłumaczyć go, zredagować, a czasem pomóc autorowi dobrze napisać.

W tym jest oczywiście cała gama tytułów pisanych przez polskich autorów. Jak to wygląda w bieganiu, wiemy. Wartościowe pozycje ukazują się nawet nie raz na pięć lat. W innych dyscyplinach sportu też nie jest lepiej. Jedyny autor, który przychodzi mi do głowy, a którego książki są uznawane za klasykę na świecie, to Czesław Marchaj. No, ale jego tytuły dotyczą nie tyle treningu sportowego, ile teorii żeglowania i konstrukcji jachtów. A szkoda, przecież mamy i mieliśmy wybitnych sportowców i trenerów, którzy swoją wiedzę mogliby przekazać dalej. Czasem coś ciekawego wydaje Centralny Ośrodek Sportu, ale przyznam, że to są rzeczy trudne do strawienia dla czytelnika bez przygotowania.

P.B. - Masz swoją ulubioną książkę biegową?

J.K. - Jeśli miałbym coś wskazać, to chyba tę niewielką książeczkę Murakamiego. Bieganie dla mnie to nie przestawianie jednej nogi przed drugą czy łamanie kolejnych czasów na określonym dystansie. Ta książka wspaniale, za woalką potu i tuptania nogami, opowiada właśnie o czymś głębszym.

P.B. - Tempo wydawania książek masz imponujące. W ciągu roku pojawiły się aż 4 książki. Jakie są kolejne plany?

J.K. - Pod koniec września ukazała się "Biegać mądrze". To książka do poczytania na jesienne i zimowe wieczory. Porady 15 amerykańskich autorów. Fragmenty książki napisali m.in. ultramaratończyk Dean Karnazes, który przebiegł 50 maratonów, w 50 dni pod rząd, czy słynna Kathrine Switzer. Ale także postaci mniej w Polsce znane. Choćby Allan Steinfeld, wieloletni dyrektor Maratonu Nowojorskiego. Książka bez tabelek czy planów treningowych. Więcej tu o filozofii życia bieganiem, niż o samym bieganiu. Dlatego jeśli książka Jacka Danielsa jest dla tych, którzy mają za sobą dwa-trzy sezony, tę polecam prawdziwym biegowym weteranom.

Wydaje mi się, że starzy wyjadacze wyniosą z niej najwięcej. Ktoś, kto po roku biegania szuka planu na złamanie 2:30 w maratonie, może być zawiedziony czytając tę książkę, bo ona opiera się na niuansach. To rzecz do przeczytania i przemyślenia.

A pod koniec roku perełeczka. Książka Matta Fitzgeralda. W wersji oryginalnej nosi tytuł "Racing Weight", na naszym rynku ukaże się pod tytułem "Waga startowa". Podobnie jak "Trening z pulsometrem" to również nie jest książka przeznaczona wyłącznie dla biegaczy, ale dla sportowców innych dyscyplin wytrzymałościowych. Traktuje nie tyle o odchudzaniu, co mógłby sugerować tytuł, ile o komponowaniu optymalnej sylwetki i proporcji ciała, (mięśni, tkanki tłuszczowej) do danej dyscypliny sportu.

Zaczynam również publikować książki z innych dziedzin sportu. Jeszcze we wrześniu ukaże się "Siła, szybkość i kondycja w sztukach walki", a w grudniu – "Tenis. 245 ćwiczeń". Ta liczba tytułów może rzeczywiście wyglądać imponująco, ale nie zamierzam budować wielkiego wydawnictwa. 4-5 dobrych książek rocznie, którym mogę poświęcić należytą uwagę. Więcej nie przewiduję.

P.B. - Twoje wydawnictwo zajmuje się również inną tematyką bliską mojemu sercu – mianowicie książkami o tematyce wojskowej. Opowiedz coś o tym.

J.K. - Miałem kolegę, który służył w pewnej słynnej wojskowej jednostce specjalnej, operującej między innymi w Iraku i Afganistanie. Po paru latach zrezygnował ze służby i stał się tzw. kontraktorem. Wkrótce zginął wykonując pracę żołnierza, bo nie można powiedzieć, że służył. Dzięki tym książkom chciałem zrozumieć psychikę człowieka decydującego się szkolić samego siebie nie w pokonywaniu szybciej jakichś dystansów czy wspinaniu się coraz lepiej, ale w zabijaniu ludzi.

Co wynika z tych książek? "Delta Force" kończy się gorzko, ale nie będę zdradzać szczegółów, a "Przetrwałem Afganistan" doskonale oddaje stan umysłu żołnierza z jednostek specjalnych. Przyznam, że raczej już nie będę kontynuować tej linii wydawniczej. Sport niesie inne, czyste, pozytywne emocje. Jest ciekawszy.

P.B. - Wszystkie książki mają identyczny wygląd okładki? Skąd ten pomysł?

J.K. - Pewien mój znajomy należy do nieformalnej grupy wspinaczy "4. liga Climbing Team". Wyznają takie m.in. zasady: "mów nie wiem, stój w drugim szeregu, rób swoje". Chciałbym, żeby te wydawane przeze mnie książki funkcjonowały właśnie na takich zasadach. Ich okładki być może nie są szczytem edytorskiego designu. A muszę zaznaczyć, że dobra okładka w dużej mierze odpowiada za sprzedaż książki. Pewien polski wydawca międzynarodowych bestsellerów twierdzi, że okładka "robi" 20 procent sprzedaży. Według mnie często ludzie sugerują się okładką w jeszcze większej mierze. Dobra okładka działa na nieuświadomione emocje i decyduje o tym, czy ktoś idzie z książką do kasy czy nie.

Okładki Innych Spacerów mają mówić nie tylko "nie wiem", ale wręcz "nie". Mają stać w drugim szeregu, nie rzucać się w oczy, odstręczać. Kto chce się skusić na okładkę, niech sobie bierze jakieś "bieganie w weekend" czy "pięć treningów, by przebiec maraton". Często jest tak, że pomiędzy pięknymi okładkami są puste strony. A ja chciałbym, żeby ludzie sięgali po książki Innych Spacerów dla ich jakości. Żeby wiedzieli, że za ascetycznymi okładkami, skrywa się treść, na którą mogą liczyć.

Ale przyznam, że ten zabieg daje wręcz odwrotne rezultaty. Te biało-niebieskie okładki od razu się wyróżniają na półkach księgarskich wśród tych wszystkich kolorów. I wychodzą przed szereg.

P.B. - Czy masz w planach wypuszczenie książki autorstwa jakiegoś polskiego trenera?

J.K. - Ach, na koniec najtrudniejszy temat. Trudny, bo niezwykle złożony. Sytuacja na rynku książki jest taka, że ludzie zamiast wydać 30 czy 40 złotych na dobrą publikację, z której będą korzystać przez lata, wolą pójść na obiad. Wydanie takiej kwoty w restauracji na jedzenie czy wieczorem w barze na piwo ich nie przeraża.

Ale kupienie książki? Książka zawsze jest za droga. Mam znajomego, który jest skłonny poświęcić pół godziny, by znaleźć jakiś tytuł o złotówkę taniej w Internecie. Tak więc kupowanie książek nie jest sexy. A rynek się kurczy. Krótką kołdrę próbują sobie wyrwać podmioty działające w tej branży – sieci księgarskie, dystrybutorzy, hurtownicy.

Proszę sobie wyobrazić, że 120-dniowy termin płatności za fakturę w świecie książki nie są niczym nadzwyczajnym. Wydawcy muszą naprawdę się wykazać, żeby zachować płynność finansową.

Z drugiej strony są autorzy. Człowiek, który zjadł zęby na trenowaniu ludzi, robi to od lat, ma wyniki, chciałby za tę widzę, którą komuś przekaże w formie książki, otrzymać przyzwoitą zapłatę. I taką zapłatę otrzymuje, jeśli wyda książkę w Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech. Nasz rynek, a o nakładach już mówiłem, nie zagwarantuje autorowi kokosów. Książka traktująca o treningu nigdy nie będzie w Polsce wielkim bestsellerem.

Wiele osób, słysząc takie informacje, sądzi, że wydawcy chcą ich oszukać, ale realia są takie, a nie inne. Jednak jeśli książka okaże się naprawdę wysokiej klasy – przed takim tytułem stoi otworem cały świat i przekłady na różne języki.

Bywa, że autor wydaje swoje dzieło na własną rękę. Natyka się jednak na ścianę w kwestiach dystrybucji. Duża firma hurtowa, która daje szansę na dystrybucję w całej Polsce, nie będzie zainteresowana wydawcą, który oferuje jeden tytuł.
To jedna strona medalu. Druga – to jakość. Czytałem kilka proponowanych do wydania publikacji polskich autorów. Bywało, że książka była raczej kompilacją z innych autorów niż oryginalnym dziełem. Coś takiego nie ma szansy na wydanie, przynajmniej przez Inne Spacery. Bywa też tak, że polscy autorzy są do bólu akademiccy. Jeśli ma być poważna książka, to musi być nafaszerowana trudnymi słowa, napisana niezrozumiałym językiem. To, zdaniem wielu, podnosi ich prestiż, daje czytelnikom do zrozumienia, że autor na temacie się zna.

A przecież chodzi o coś wręcz przeciwnego. Ma być dla ludzi. Niedawno tygodnik "Wprost" opublikował wywiad z Janem A.P. Kaczmarkiem, polskim kompozytorem od lat pracującym w Stanach, uhonorowanym Oscarem za muzykę filmową. Kaczmarek podkreśla, że tam, w USA, jednym z najważniejszych wymogów wobec twórców, wręcz określa to mianem cenzury, jest komunikatywność. Jeśli twoje dzieło nie jest komunikatywne, to nie ma szans.

Proszę zajrzeć do książki Jacka Danielsa. Tam trudne kwestie są wyłożone w sposób zrozumiały dla człowieka, który słowo "fizjologia" słyszy pierwszy raz! I czy Daniels, prowadząc swoich zawodników, posługuje się tymi wszystkimi tabelkami? Pewnie nie. Korzysta z wyników badań wydolnościowych, potrafi je interpretować. Nie musi zerkać do książki, żeby wyliczyć VDOT, a z niego tempa treningowe. Ale ta książka jest przeznaczona dla mas, dla rzeszy ludzi, którzy chcą poprawić swoje bieganie. Napisana jest więc dla nich – trudne sprawy sprowadzone do łatwego w odbiorze tekstu.

Oczywiście, chciałbym, że Polska mogła się pochwalić tytułem na miarę Tima Noakesa, Danielsa czy Friela. I chętnie bym ją wydał. Potencjalnych autorów zapraszam do współpracy. I może to są ostatnie chwile, żeby wpisać się do kanonu lektur sportowych. Sytuacja na rynku książki jest taka, że rynku książki za parę lat może w ogóle nie być, przynajmniej w takiej postaci, jaką mamy dziś.