Kiedy zejść z trasy biegu?

KIEDY ZEJSC Z TRASY BIEGU

Przygotowywałeś się kilka miesięcy, wylałeś na treningach litry potu, stoisz na starcie wymarzonego maratonu. Kilkanaście kilometrów dalej w głowie tłucze się tylko jedna myśl: biec dalej czy zejść? Coś idzie nie tak. Jaką decyzję podejmiesz?

 W swojej książce "Maraton zaawansowany" Scott Douglas i Pete Pfitzinger szczegółowo analizują strategię na maraton. Co i jak robić, jakie przyjąć założenia tempowe, kiedy przycisnąć - wszystko to w odniesieniu do konkretnego etapu biegu, konkretnego kilometra.

Poświęcają również spory fragment niezbyt często podejmowanemu tematowi: odpuszczeniu. Kiedy zrezygnować z biegu?

Poniżej prezentujemy historię Pete Pfitzingera, który dwukrotnie był zmuszony przerwać maraton.

Nie słyszałeś o Pfitzingerze? Biegł w maratonach na igrzyskach olimpijskich w latach 1984 i 1988, oba kończąc jako najlepszy Amerykanin. Z rekordem życiowym w maratonie wynoszącym 2:11:43 Pfitzinger został dwukrotnym zwycięzcą maratonu w San Francisco i zajął trzecie miejsce w maratonie nowojorskim. Był szefem Nowozelandzkiej Akademii Sportowej w Auckland. W latach 1997‒2007 był publicystą „Running Times”.

***

3 powody kiedy odpuścićPrzeważnie lepiej jest ukończyć maraton nawet wtedy, jeśli nie udało się biec tak dobrze, jak to było zamierzone. Ten dystans to test wytrzymałości. Jeżeli raz sobie odpuścisz, aż za łatwo będzie ci znowu przerwać bieg. Oczywiście w pewnych sytuacjach walka o ukończenie dystansu może narazić twoje zdrowie czy przyszły sukces maratoński.

W czasie mojej kariery maratońskiej rozpocząłem 18 maratonów i ukończyłem 16, z czego 8 było wygranych. Dwukrotnie sobie odpuściłem – raz z powodu kontuzji, a raz przez własną głupotę. Obie imprezy wydarzyły się w 1986 roku.

Rezygnacja spowodowana głupotą miała miejsce podczas maratonu w Bostonie. Był to pierwszy zawodowy maraton bostoński, odbywający się w otoczce szaleństwa mediów i z nagrodami pieniężnymi. Zignorowałem mój plan biegu oparty na równych połówkach i za wcześnie dałem się ponieść. Przez pierwszych 16 kilometrów kilkakrotnie wymieniałem się na prowadzeniu z Gregiem Meyerem. Kiedy tylko odbierał mi prowadzenie, starałem się je odzyskać.

Owa strategia była zbyt agresywna na tak wczesnym etapie maratonu. W tym czasie Rob de Castella, który wtedy wygrał, spokojnie biegł za nami, pewnie naśmiewając się w duchu z braku cierpliwości dwóch Amerykańców. Na 19. kilometrze mój oddech wypadł ze zwykłego rytmu, nogi dostały niezły łomot, a i wnętrzności stopniowo miały się coraz gorzej.

Na kolejnym kilometrze odpadłem od grupy prowadzącej w biegu i zacząłem odczuwać zesztywnienie mięśni. Wiedząc, że za wcześnie ruszyłem do ostrej walki, zszedłem z trasy tuż za znakiem oznaczającym połowę dystansu i skląłem się w duchu. Dobrze zapamiętałem tę lekcję i nigdy więcej nie popełniłem takiego błędu. Zwróć uwagę, że głupota nie została wymieniona wśród uzasadnionych przyczyn zejścia z trasy maratonu.

Jedynym pozytywnym aspektem tej całej sytuacji było to, że już po tygodniu byłem w pełni zregenerowany. Kilka tygodni później wykorzystałem swoją formę i frustrację do pobicia rekordu na 10 kilometrów, kiedy udało mi się pokonać ten dystans w czasie 28:41, a już w lipcu odkupiłem swoje winy w maratonie w San Francisco, przebiegając go w 2:13:29.

Drugi raz zszedłem z trasy maratonu Twin Cities, będącego jednocześnie eliminacjami do mistrzostw świata, wypadających w kolejnym roku. Rozpocząłem bieg z naciągniętymi mięśniami kulszowo-goleniowymi, czego nabawiłem się parę tygodni wcześniej, zbyt intensywnie rozciągając się po treningu na bieżni. Na początku było nieźle, ale mięśnie stopniowo sztywniały przy plus czterech stopniach i mżawce. Na 32. kilometrze biegłem na tyłach prowadzącej grupy, gdy nadwerężone mięśnie kompletnie odmówiły posłuszeństwa. Nie byłem w stanie zrobić kolejnego kroku.

Po przekuśtykaniu kolejnego kilometra z ulgą przyjąłem podwózkę na metę. Ta rezygnacja z biegu była łatwiejsza, bo decyzja nie była ode mnie zależna.

Po tak frustrującym roku w maratonie byłem zdeterminowany do jak najszybszego zaliczenia porządnego biegu. Mój fizjoterapeuta powiedział, że mięśnie nie są zbyt mocno uszkodzone i że za jakieś 10 dni będę pewnie w stanie normalnie biegać. Dzięki właściwym masażom udało się pokonać kontuzję i zdecydowałem, że pobiegnę w maratonie w Nowym Jorku – zaledwie trzy tygodnie po Twin Cities. Biegłem zachowawczo i stopniowo wyszedłem z trzydziestego miejsca w połowie dystansu na dziewiąte na mecie z czasem 2:14:09. To był rok dobrze zapamiętanych lekcji.

 

***

Więcej o książce "Maraton zaawansowany" możesz możesz przeczytać tu (kliknij w okładkę):

Maraton zaawansowany 196